Eclipse to jedna z
największych i najważniejszych gier 4X. Określana jest często jako „euro
Twilight Imperium” – i coś w tym chyba jest. W tym krótkim artykule chciałbym
przybliżyć wam moje wrażenia z pierwszej rozgrywki.
Pierwsze,
co zwróciło moją uwagę po otwarciu pudełka to ogromna ilość elementów. Mnóstwo
żetonów o różnych kształtach i rozmiarach, zestawy figurek, pokaźne stosiki
kart pomocy – wszystko to robi wrażenie. Niestety - do czasu, bo za ilością nie
idzie jakość. Arkusze graczy to cienkie tekturowe plansze, które bardzo łatwo
się wyginają i raczej kiepsko zniosą upływ lat. Brzydkie są też figurki – nie
mają startu do tych z Twilight Imperium czy Starcrafta. Rozumiem rzecz jasna,
że to nie ten kaliber gry i nie ten budżet, ale jednak… Przyczepić się można w
zasadzie do całości oprawy – grafiki, choć czytelne i funkcjonalne, są
zwyczajnie ubogie i nieładne. Generalnie całość wygląda bardzo amatorsko, co
dziwi tym bardziej, że cena nie jest niska.
Setup
i tłumaczenie zasad zajęło nam 45 minut. Jest to naprawdę dobry wynik jak na
grę tego kalibru! Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że Eclipse ma wyższy próg
wejścia, jednak reguły są bardzo logiczne, a ikonografia przejrzysta. Jak na
rasowe euro przystało, praktycznie wszystkie informacje znajdują się na
planszy, toteż potrzeba zerknięcia do instrukcji w trakcie gry zachodzi
sporadycznie. Przyczepić się można jedynie do kart pomocy – zamiast umieścić
wszystkie informacje na jednym arkuszu, twórca zdecydował się rozrzucić je na
kilku różnych kartach. Sprawia to drobne problemy, gdy musimy szybko coś
sprawdzić.
![]() | |
Widok na planszę |
Sama
rozgrywka to całkiem zgrabna próba przeniesienia komputerowego space sima na
planszę. Osią Eclipse jest – a przynajmniej powinna być – walka, jednak moja
pierwsza partia upłynęła na bardzo zachowawczej grze wszystkich uczestników
zabawy. Można to jednak zrzucić na karb braku doświadczenia, bo założę się, że
wyjadacze grają o wiele agresywniej. W mechanice Eclipse nie ma niczego
odkrywczego, większość rozwiązań hołduje klasykom gatunku. Celem gry jest
zdobycie jak największej ilości punktów zwycięstwa przed upływem 9 tur. Otrzymujemy
je za kontrolę obszarów, toczenie walk, rozwijanie technologii, zawarcie
sojuszu, a także niekiedy jako nagrodę za odkrycie nowego kafelka mapy.
Ekspansja w przestrzeni kosmicznej daje nam dostęp do planet, z których możemy
pozyskiwać trzy rodzaje zasobów: pieniądze, naukę, materiały. Odbywa się to na
identycznej zasadzie, co w Terra Mystica: przesuwając kostkę symbolizującą
kolonistów na planszę odkrywamy pole zasobów na swoim arkuszu. Kluczem, jak w
większości podobnych gier, jest odpowiednie zarządzanie surowcami – czy lepiej
mieć więcej złota, a tym samym więcej możliwych akcji do wykonania? A może
więcej materiałów, by zbudować liczniejszą flotę? A gdyby postawić na naukę i
tym samym szybciej rozwijać się technologicznie oraz ulepszać statki? Gra jest
mózgożerna i pozostawia graczom wiele swobody. Ciężko wyrokować po pierwszej
partii, wydaje mi się jednak, że nie ma tu jednej strategii wygrywającej.
Będąca
osią gry walka jest dość prosta, ale satysfakcjonująca. Ze względu na możliwość
w zasadzie dowolnej rozbudowy statków starcia są naprawdę niepowtarzalne. Standardowo
za każdą jednostkę toczymy k6 i trafiamy na 6, jednak rozmaite ulepszenia
pozwalają poszerzyć zakres trafienia, zwiększyć zadawane obrażenia czy ochronić
przed obrażeniami – do wyboru, do koloru. Przy doborze ulepszeń ogranicza nas
jedynie ilość pól na moduły w danym statku, a także konieczność posiadania
silnika zdolnego je napędzić.
![]() |
Arkusz gracza |
Jak
już powiedziałem, Eclipse to tytuł mechanicznie odtwórczy, ale wykonany bardzo
precyzyjnie. Graczy obeznanych z euro nic tu nie zaskoczy, istotne jest jednak
to, że prawie wszystkie elementy zdają się być świetnie ze sobą zgrane. Prawie,
bo mam drobne „ale” do dość dziwnej losowości. O ile obecność kości rozumiem i
akceptuję – nie wyobrażam sobie kosmicznej strategii bez turlania – tak nie
podoba mi się system nagród. Mocno premiuje on graczy toczących liczne walki –
za każde zwycięskie starcie ciągniemy żetony z punktami zwycięstwa i wybieramy
ten o największej wartości. Ponieważ najlepsze z nich dają aż 4 punkty (podczas
gdy np. bardzo kosztowne i trudne rozwinięcie wybranej gałęzi technologii do
maksymalnego poziomu 5 punktów), to szybko można zdobyć wiele punktów niskim
kosztem. Nieco zbyt potężne są też wszelakie „znajdźki”, odkrywane na
niektórych kafelkach mapy. I znów – jeśli ktoś dociągnie kafelek z takim
żetonem (i najczęściej statkiem Starożytnych – neutralną jednostką, z którą
można walczyć), to ma szansę bardzo szybko się obłowić. Sytuację ratuje nieco
możliwość odrzucania obszarów, jeśli właśnie odkryty nam nie pasuje. Dyskusyjny
jest też losowy dociąg nowych technologii - co turę dokładane są nowe (zależnie
od ilości graczy), bywa jednak tak, że pożądany żeton pojawia się tylko raz i
osoba, która go zgarnia, zyskuje dużą przewagę. Z rzeczy mniej istotnych –
bardzo słaba jest fabularna otoczka gry, sztampowa i niekonsekwentna. Niestety,
ale przy historii z Twilight Imperium toto nawet nie leżało.
To
wszystko jednak akceptowalne mankamenty. Eclipse wydaje mi się gruntownie
przemyślaną i dopracowaną grą; z najwyższą chęcią powitam ją na stole ponownie.
Choć nie jest odkrywcza i czerpie garściami z wielu innych tytułów, to jej
poszczególne elementy są dobrze dopasowane i całość działa świetnie. Oczekujcie
recenzji po większej ilości partii! :)
Jeśli chodzi o Terrę Mysticę to nie Eclipse z niej czerpie tylko na odwrót... Eclipse był pierwszy:)
OdpowiedzUsuńNie wiem jakie jeszcze inne mechaniki czerpie on z innych gier, ale proponuje to jeszcze sprawdzić ;)
Brakuje wyraźnie ogrania - nie można popełniać recenzji o Eclipse po jednej rozegranej partii :(
Dzięki za wyłapanie błędu - skoryguję to. Przypominam też, że to NIE JEST recenzja - co prawda opisuję grę dość szczegółowo, jednak wyraźnie zaznaczam, że będę mógł zweryfikować swoje wrażenia dopiero po rozegraniu jeszcze paru partii ;)
UsuńA jeśli chodzi o podobieństwa do innych gier - to choćby lansza i sposób toczenia starć nieodmiennie przywoływał na myśl Twilight Imperium. Być może to tylko mylne wrażenie, ale nie mogłem pozbyć się silnego uczucia, że "gdzieś już to wszystko widziałem".